Kokos pod ostrzałem

styczeń 1st, 1970

Nie, nie będziemy strzelać do kokosów, a jedynie od deski do deski oceniać serwis pożyczek społecznościowych, kokos.pl :-)
Od deski do deski, nie znaczy, że dokładnie… nie znaczy, że rzetelnie. Nie o to chodzi w ocenianiu i nie taki mam styl. Jako blogger i osoba, której powierzono ocenę Kokos, nie powinienem w poście stawiać lukrowanych wieżyczek na torcie, ale również nie powinienem przesadzać w czepianiu się najmniejszych szczegółów, powinienem podejść do oceny tak, jak potencjalny klient i osoba zainteresowana Kokosem. Panie i Panowie, do roboty.

Początek

Ciekawe wykonanie, kokosowo i zielono, stawiając się w roli typowego użytkownika jestem zainteresowany po samym wyglądzie, jednak niewiele wiem o samym serwisie, z wstępu o czym jest Kokos dowiaduję się niezbyt wiele. Strona główna powinna być atrakcyjna nie dla klienta, a dla nowego użytkownika – powinna zachęcać użytkownika do sprawdzenia serwisu, tymczasem osobie, która pierwszy raz widzi serwis nic nie mówi TOP 10 aukcji, który powinien być dostepny tylko dla zalogowanych.

Pierwszy zgrzyt pojawia się przy lekturze regulaminu, który można by zmieścić w małej książce. Zasady powinny być przystępne, niezbyt długie i jednoznaczne, bez możliwości “kombinowania”, tymczasem regulamin Kokosu to ładna lekturka, która moim zdaniem dość skutecznie odstrasza użytkowników, którzy albo dbają o zasady, albo chcą wiedzieć jak najwięcej o zasadach działania i swoich prawach.
Za to doskonale opisano bezpieczeństwo użytkownika, informując go w odpowiednim dziale, co i jak oraz w jaki sposób Kokos zapewnia odpowiedni poziom usług. Krótko, ładnie i zwięźle.

O, forum?

Łe? Co to?
Aby na pewno dobre forum?

Takie odniosłem wrażenie stawiając siebie, jako usera, który pierwszy raz na oczy widzi forum Kokos. Po pierwsze – skrypt, wątpię by firma zarabiająca z pewnością grubsze miliony nie chciała pozwolić sobie na komercyjny skrypt i wykonanie designu dopasowanego do wyglądu samego serwisu. Znacznie przyjemniej by mi się pisało na forum, gdyby było ono postawione na dobrym silniku, a wygląd nawiązywałby dokładnie do strony głównej.
Może i forum nie jest najważniejszą częścią Kokos, jednakże jego promocja powinna być większa – aktualnie widzimy jedynie miniaturowy link, gdzieś “hen hen daleko”. Co najmniej nowy “tab” przy logu w formie forum lub upchnięty gdzieś guzik zachęcający do dyskusji.

Panel użytkownika

Fajnie. Bardzo fajnie.
Dobry, zarazem mało złożony i prosty panel, mówiący to co trzeba, niezbyt dużo, ale i niezbyt mało. Możemy w bardzo prosty sposób pilnować swoich pieniędzy, dowiedzieć się informacji o naszych akcjach i poczynaniach w Kokos, a nawet powiązać swoje konto Allegro z kontem na Kokos. Bez problemu i bez zbędnego latania po różnorodnych działach możemy monitorować swoje pożyczki, inwestycje lub podatki.

Jedyną wadą jest w tym miejscu program partnerski i możliwość zapraszania znajomych – te rzeczy powinny znaleźć się w osobnym menu, zaś menu Pomocy powinno być w jakiś sposób powiązane z resztą, aktualnie gdy wejdziemy w Pomoc (będąc zalogowanym) znika nam panel klienta. Mniejsza o to, że strona się lekko rozjeżdża w dziale, w którym tekstu jest mniej niż długość menu…

Halo, help!

Pomoc użytkownikowi? Pierwsza klasa! Nie tylko doskonała obsługa, ale również bardzo długo czynna, nie to co legendarne i paskudne “od 10 do 18″ (czytaj z przerwami), obsługa Kokos dostępna jest pod telefonem znacznie dłużej i nie tylko 5 dni w tygodniu. Jeżeli mamy jakiś kłopot możemy dzwonić od poniedziałku do piątku od 7:00 do 22:00, oraz w sobotę między 8:00 do 16:00. Nie tylko 6 dni w tygodniu, ale również ponad 12 godzin obsługi.

Ogólnie kończąc

Kokos opisywał się jako pierwszy taki serwis w Polsce i tutaj ma rację – nigdy wcześniej na podobny nie trafiłem, ani nawet nie słyszałem, chociaż firmę Blue Media kojarzyłem jeszcze przed poznaniem Blogvertising, czyli na ponad rok przed poznaniem Kokosa. Wszystko jest stworzone bardzo dokładnie, jednak do podstawowych wad należy zaliczyć regulamin w formie książki oraz bardzo słabe forum. Zakup komercyjnej wersji silnika przykładowo Invision Power Board lub WBB3 nie powinno być ogromnym wyzwaniem, również przystosowanie tegoż silnika pod względem wyglądu i funkcjonalności nie jest wyzwaniem.
Chociaż to nie forum w mojej opinii będzie wyzwaniem numer jeden – bowiem będzie to przekonanie topornego polskiego internauty, że inwestowanie i pożyczanie przez stronę internetową może być znacznie lepszym wyjściem.

Original post by admin

O polityce miłości i przesadnej tolerancji

styczeń 1st, 1970

Europa…

Co kojarzy Ci się z tym słowem? Unia? Polityka? Kontynent?
Zastanawiałeś się kiedyś, drogi Czytelniku, jak Europa będzie wyglądała za lat pięćdziesiąt? Albo sto?
Jak będzie wyglądać nasza kultura? Czy Europa będzie podobna dzisiejszej, tylko nowocześniejsza?

Co mi odpowiesz, Czytelniku, jeżeli powiem Ci, iż może być zupełnie inaczej, a Ty będziesz stanowił mniejszość we własnym kraju?
Wydaje Ci się to absurdalne? A jednak… za pół wieku w Holandii, sami Holendrzy będą stanowić mniejszość mieszkańców własnego kraju.

Czym zajmujesz się w ciągu zwykłego dnia? Jeżeli myślisz o Europie, to pod jakim względem? Miejsc pracy, kryzysu? Walki z bezrobociem?
Prawda jest niestety taka, że prawie nikt nie przejmuje się przyszłością Europy, jaka będzie za pół wieku, za sto lat?

Na początek tego skromnego artykułu, do razu odpowiem na kilka pytań, które z pewnością chcieliby zadać Czytelnicy. Pewnie po pierwszych kilku zdaniach większość “tradycyjnych” Europejczyków zamknie tą stronę, twierdząc, że “kolejny, któremu się wydaje”. Nie mam na celu, w tym artykule wieścić rzeczy, które można by ująć mniej więcej tak – “musi tak być”, “nie ma odwrotu”, “nie ma wyboru”.
Nie o to chodzi, drogi Czytelniku, nie mam zamiaru tak mówić, a raczej przedstawić, jak ma się sytuacja dzisiaj – jaka jest polityka Europy i do czego może to prowadzić. Mam również zamiar pokazać, jaka jest dzisiaj mentalność większości młodych Europejczyków, którym niekiedy się wydaje, że są pępkiem świata i nic ich nie dotyczy.
Przeciętny Europejczyk zupełnie nie interesuje się przyszłością Europy, zaledwie niewielki procent interesuje się prawami, zasadami wprowadzanymi przez Brukselę, przeważnie “budzi się z ręką w nocniku”, gdy w wiadomościach dowiaduje się, iż jego kraj nie spełnia “jakiś tam” wymagań stawianych przez Unię. Ile osób z tej grupy interesuje się przyszłością Europy pod względem kultury, mozaiki narodowościowej, historii? Sądzę, że zaledwie ułamek procenta.

Zacznijmy od tezy… I w tym miejscu jestem pewien, że zbyt wielu Czytelników się “zbulwersuje” i zakończy lekturę, jednak cóż, może znajdą się i tacy, którzy nie są “typowymi europejczykami”, o których w artykule również wspomnę i doczytają do końca. Stawiamy tezę – czy polityka miłości, otwartej imigracji i ogromnej tolerancji dla innych kultur i religii może stanowić zagrożenie dla przyszłości Europy?
Postaram się nie tylko odpowiedzieć na zadaną tezę, ale również przedstawić kilka faktów, przemawiających za tym, czy my – Europejczycy – sami przyczyniamy się do zmniejszenia zagrożenia wynikającego z tezy, czy też sami zwiększamy owe zagrożenie.

Kogo nazywam “typowym europejczykiem”?
Są to ludzie, którzy uważają, że utarty porządek rzeczy – Europa taka, jaką widzą ją dziś – będzie zawsze i nigdy się nie zmieni. Typowy Europejczyk jest tolerancyjny do bólu, każdego kto sprzeciwia się przykładowo małżeństwom homoseksualnym uważa za homofoba, każdego kto nie chce budowy cerkwi/kościoła/meczetu/świątyni uważa za ksenofoba lub wroga numer 1. Przykłady można jeszcze długo mnożyć. Zwykły i przeciętny Europejczyk kocha odmienność, w ogóle mu nie przeszkadza milionowy napływ imigrantów i przeważnie budzi się zbyt późno – przykładem jest bunt w Anglii przeciwko polskim pracownikom, odbierającym pracę rdzennym mieszkańcom. Obudzili się dopiero, gdy połowę pracowników jednej fabryki stanowili Polacy, miejmy nadzieję, że inaczej będzie w przypadku imigrantów z poza Europy.
Co gorsze, niektórzy typowi europejczycy w ogóle nie przejmują się przyszłością, a wręcz przeciwnie – drwią z takich osób, które mówią o różnych bardzo negatywnych wydarzeniach na tle imigracji w Europie. Drwią z ataków terrorystycznych, z artykułów w gazetach prezentujących negatywny wpływ masowej imigracji na przyszłość Europy… Tacy ludzie sami przyczyniają się do upadku kulturalnego “starego kontynentu”. Osoby mówiące o islamizacji są nazywane ksenofobami, jednak ich “wizje” zaczynają się ziszczać – wystarczy postać 5 godzin na najruchliwszym skrzyżowaniu Londynu by przekonać się o ilości muzułmanów żyjących w tym mieście…
Wielu uważa, że tematy religijne są zbyt delikatne, by je poruszać, jednak w końcu trzeba je poruszyć – trzeba poruszyć sprawę zmian w Europie powoli dokonywanych przez imigrantów z poza kontynentu, których polityka Unii wita z otwartymi rękoma. Prawa, przywileje, dotacje, dofinansowania… to wszystko jest dostępne dla imigrantów, dla których Europa tworzy coraz to więcej praw. Nasza Unia kocha każdego, nie ważne czy to Polak, Niemiec, Hiszpan, czy Cygan… nie ważne. Ważne jest to, czy polityka Unii nie prowadzi do dawania nadmiernych przywilejów i faworyzowania mniejszości. Tak właśnie jest – że nie dostrzega się potrzeb ubogich rdzennych mieszkańców, a promuje się imigrantów – hindusów, muzułmanów, Afrykanów… I tak się składa, że w wielu europejskich krajach, wkrótce to oni będą dyktować warunki nam, a nie my im. Wspomnijmy słowa egipskiego “naukowca” Amr’a Khaled’a udzielającego wywiadu w telewizji Dream2 dziesiątego maja 2008 roku:

Najważniejszą rzeczą w tej sprawie, jest fakt, że już teraz w Europie mieszka około 40 milionów muzułmanów (…). Muzułmanie dbają o to, by mieć potomstwo, Europejczycy nie (…), co oznacza, że w ciągu 20 lat, to muzułmanie będą stanowić większość.
(…) Jak wiadomo, wielu grupom to się nie podoba, przez co stają się one agresywne. Jak wiadomo, są oni wrogami Islamu.
Naprawdę, potrzebujemy tylko dziesięciu lat, by stać się bardziej wpływowi, niż wiele rządów europejskich krajów

Takich zdań można by mnożyć przez tysiące, nie tylko w ustach jakiś fanatycznych przywódców i fundamentalistów. Podobnie twierdzą czołowi politycy muzułmańscy, lekarze, doktorzy, profesorowie. A nawet prezydenci, jak przywódca Libii.

Udajmy się w swego rodzaju podróż po naszym kontynencie…

Zacznijmy w Anglii, gdzie populacja osób z pochodzenia “bliskowschodniego” wzrosła w ciągu 30 lat, z kilkunastu tysięcy, do blisko trzech milionów legalnie mieszkających osób. A ile mieszka nielegalnie? Dwa razy tyle? Możemy jedynie się domyślać. Imigranci według “typowych Europejczyków” to ludzie uznający nasze europejskie prawa, którzy mają elementy swojej tradycji, jednak żyją tak jak my. To błąd, bowiem doprawdy niewiele osób będących imigrantami, wierzących w Islam, kieruje się w większości naszymi prawami. Na przykładzie artykułu z marcowego The Times – opisującego historię młodej kobiety, która zmieniła wiarę na anglikanizm, kilkanaście lat cierpień bez możliwości pomocy ze strony nas – Europejczyków. W wielu przypadkach władze w Anglii nie ingerują w to, co dzieje się w rodzinach muzułmańskich, uważając to za złamanie prawa do wolności wyznania. Jest to podwójne zaprzeczenie – często nie ingerując w życie imigrantów pozwalamy na łamanie praw człowieka, powszechnie przyjętych w Europie przez osoby, które chcą żyć w naszych krajach, lecz “po swojemu”.
Przypomnijmy manifestacje organizacji muzułmańskich, na których pięknie widzimy napisy w stylu “British police go to hell”, kobietę owiniętą szczelnie chustą z transparentem “Europe, be prepared for the real holocaust”, ludzi owiniętych w typowo “hamasowskie” (zielono-białe) chusty z napisami “Islam will dominate Europe”. Z tym się nic nie robi. Podobne manifestacje aż ociekają jadem do nas – rdzennych mieszkańców… i z tym nic się nie robi, bo w końcu tolerancja religijna.
W Anglii prawa szariatu (czyli prawa wzorowanego na Koranie) są niekiedy tolerowane przez nasze sądy, mimo to, że prawo szariatu często nijak ma się do praw człowieka… Również wprowadzenie szariatu dla mniejszości muzułmańskiej w Anglii było promowane na IslamExpo w zeszłym roku. Z tym też nic się nie robi, bo w końcu tolerancja… Ciekaw jestem czy plany budowy największego w Europie meczetu na blisko 80 tysięcy wiernych, też są w ramach tolerancji.
Jak wspominałem – Anglia powoli wprowadza gdzieniegdzie szariat (prawo oparte o Koran), dziwi mnie jeszcze fakt, że zgodnie z niektórymi wersjami szariatu na świecie, nie zezwala się na kamienowanie kobiet, albo zabijanie córki/żony za spotkanie się z innym mężczyzną.

Przez kanał La Manche udajmy się do Francji…
W ciągu kilkunastu lat, co piąty mieszkaniec będzie muzułmaninem, zaś wielkie “rewolucje”, jak ta w Paryżu, gdzie płonęły całe dzielnice, nie będą niczym niezwykłym. W większych miastach niczym niezwykłym jest spotkanie muzułmanina. Większość typowych Francuzów uznaje ich za wzorowych obywateli, za doskonałych ojców dbających o żony. Co innego okazuje się, gdy na jaw wychodzi, że przykładny mąż z takich rodziny uznaje molestowanie 12-letniej córki, za coś naturalnego… Nie mam tutaj zamiaru mówić, że w każdej rodzinie tak jest, jednak należy zwrócić uwagę, że w bardzo wielu kręgach muzułmańskich wydawanie córki w wieku 15 lat za mąż, nie jest niczym niezwykłym. Wiele z tych tradycji potem przenoszone są wraz z imigracją do Europy – najczęstszą z tych “tradycji” jest ograniczenie praw kobiety do absolutnego minimum, co oczywiście z europejskim prawem jest “na bakier”, jednak wiele społeczności muzułmańskich w Europie od razu zasłania się prawami, które my sami stworzyliśmy… Koło się zamyka, zaś profanacje chrześcijańskich pomników dokonywane przez muzułmańskie grupy, przykładowo w Ploermel w Bretanii, nie są nagłaśniane.

Z Francji do krajów “niderlandzkich” – Belgii i Holandii.

Blisko co trzecie dziecko rodzące się w tych krajach rodzi się w rodzinie wyznającej Islam, szacuje się, że w ciągu najbliższych dziesięcioleci, co drugi mieszkaniec Niderlandów będzie z pochodzenia “półksiężyca”. W tym miejscu warto zaznaczyć pewną postać… dla jednych negatywną, dla innych pozytywną, zaś dla typowego Europejczyka, jest to postać szaleńca. Chodzi o Geert’a Wilders’a.
Człowieka, który krytykował Europę za politykę miłości do każdego imigranta, chodź by w przeszłości był on powiązany z terrorystami… Stworzył pewien niewygodny film – Fitna, w którym porównuje on muzułmanów do terrorystów. Od razu typowi Europejczycy zrównali tego człowieka do szaleńca, zaś wspaniali i wzorowi imigranci – muzułmanie – zaczęli grozić mu śmiercią, robić manifestacje z transparentami głoszącymi “we want Wilders blood!” – czy tak zachowuje się imigrant? Pytanie się pojawia – czy należy oddzielać Islam od terroryzmu? W takim razie oddzielmy również inkwizycję i krucjaty od chrześcijaństwa. Bez chrześcijaństwa nie byłoby krucjat, bez Islamu nie byłoby znanego nam terroryzmu. Dziś europejczycy oraz imigranci oddzielają grubą kreską muzułmanina od terrorysty… Odpowiedz mi drogi czytelniku, czy człowiek wierzący w Allaha i wysadzający się bazarze czymś się różni pod względem wiary od człowieka wierzącego w Allaha i w pokoju żyjącego w Europie? Wątpię… różnią się jedynie motywami działania. Typowy Europejczyk natychmiast potępi każdy atak na imigranta, jednak sam nie zauważa faktu, że to niedługo imigrant będzie dyktował mu warunki stanowiąc połowę jego kraju.

Z Holandii do Danii…

Kraj ten pod względem imigrantów słynie z jednego, przede wszystkim wydarzenia – z opublikowania karykatur Proroka, który dla wyznawców Islamu jest postacią niemal najwyższą. Nikomu nie trzeba mówić, jak zachowała się społeczność muzułmańska – odpowiadając ogromnymi manifestacjami, spalonymi sklepami i samochodami. Znów zadaję pytanie – gdzie była policja, służby porządkowe? Autorowi karykatury podobnie, jak Wildersowi – grożono śmiercią, zaś lokalni działacze wspólnot muzułmańskich zachęcali do zabicia go. Czy tak zachowuje się muzułmanin, który chce żyć w Europie i w przyszłości stanowić w niej bardzo istotną grupę?
Warto wspomnieć manifestacje przy ambasadzie Danii w których setki, jak nie tysiące zgromadzonych muzułmanów głosiło swoje poparcie dla islamizacji, dla terrorystów, dla Hamasu i innych organizacji terrorystycznych. Gdzie były siły porządkowe? Stały obok, w imię wolności wyznania. Europa ma przysłowiowo “głęboko” to, że wielu na, co dzień wzorowych imigrantów, po lekkim zdenerwowaniu zamienia się w gotowych do wysadzenia terrorystów.

Z Danii do Niemiec…

… do chyba najbardziej “zislamizowanego” kraju Europy. Niemal 5 milionów muzułmanów, w większości Turków, setki tysięcy imigrantów z innych krajów. Ilość meczetów w Berlinie w ciągu kilkunastu lat wzrosła z blisko dziesięciu sztuk do kilkudziesięciu. Uniwersytet w Münster jest pierwszą uczelnią w Niemczech, która kształci nauczycieli Islamu – pytanie, czy jedynie do nauki muzułmańskiej mniejszości, czy również do nawracania? Niemieckie ministerstwa jako pierwsze przyznały, że w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat liczba muzułmanów w Europie może przekroczyć 100 milionów i będą w stanie decydować o przyszłości Europy. Parę lat temu wiele hałasu zrobiła znana niemiecka gazeta “Der Spiegel”, która poświęciła islamizacji Europy ładnych parę stron, wywołując oczywiście u samych zainteresowanych wielkie oburzenie, zarówno po stronie mieszkańców, jak i po muzułmańskiej mniejszości. Niemcy wielce oburzyli się, iż to wszystko “guzik” prawda, co pisał “Der Spiegel” – między innymi o strachu, wygodnictwie i finansowaniu terrorystów przez Niemców, którzy nie mają po prostu ochoty się przeciwstawić. Muzułmanie zaś oburzyli się, gdy “Der Spiegel” zaprezentował ich w roli seryjnych gwałcicieli, barbarzyńców i ludzi zacofanych o parę stuleci. Przykładem płaszczenia się władz Niemiec przed ogromną ilością muzułmanów jest wystawa w Berlinie, podczas której “w ramach sztuki” jeden z przedstawiających wyciągnął stylizowaną na “proroczą” odciętą głowę – wystawa została w ciągu kilku chwil zamknięta, autora ukarano, a społeczność muzułmańską przepraszano na każdym kroku. Kolejną sprawą jest przykładowo meczet w mieście o nazwie Dillenburg, gdzie prawie całe miasto sprzeciwiło się budowie meczetu z nagłaśnianiem na pół miasta – nic to nie dało… Meczety powstają, jak grzyby po deszczu, niektóre wielkie, okazałe, na tysiące, a nawet “naście” tysięcy wiernych. Za pieniądze podatników, w ramach tolerancji, promocji mniejszości i ułatwiania im rozwoju.

Połowa czytelników, jak nie większość, pewnie już tych słów nie czyta, uznając je za bzdurę, jednak wystarczy przyjrzeć się mozaice kulturalnej Europy zachodniej. Teraz na chwilę udajmy się poza Europę i porównajmy to, co może muzułmanin w Europie, a co może Chrześcijanin na Bliskim Wschodzie – chyba nie trzeba wiele mówić. Chodź bym był Rosjaninem z Kamczatki, albo Nowo Zelandczykiem, udanie się z Biblią do Arabii Saudyjskiej jest karane śmiercią. Nawet jeżeli byłbym ważnym dyplomatom, ale byłbym chrześcijaninem, chcącym czytać Biblię w Arabii Saudyjskiej, groziłaby mi śmierć. Nie inaczej w wielu innych krajach Bliskiego Wschodu…

My pozwalamy imigrantom na wszystko – pozwalamy im budować swoje świątynie, w dodatku jeszcze im w tym pomagamy, nie interesujemy się własną przyszłością, kulturą za kilkadziesiąt lat. Nie obchodzi nas ogromna ilość imigrantów, którym jeszcze pomagamy w asymilacji naszego rdzennego społeczeństwa. Wielu nazwie ten artykuł pustymi wróżbami, jednak warto poczekać i zobaczyć, kto będzie miał rację – jeżeli przeciwnicy tej wizji, po prostu będę się mylił, wyjdzie to na dobre Europie. Jednak jeżeli spełnią się przewidywania zwolenników tej tezy – będzie to jedynie dowodem na upadek Europy, jaką widzimy dzisiaj. Zawiodła polityka wielokulturowości, która za lat 50 przyniesie plony – kraje w których połowa ludności będzie wierzyć w Allaha, a muzułmanin dyktujący Europie warunki na “stołku” w Brukseli, nie będzie niczym dziwnym. Wystarczy się zainteresować – można znaleźć tysiące przykładów tego, że my – Europejczycy – boimy się imigrantów, zdejmujemy krzyże w szkołach, dbamy o to by psy (według muzułmanów zwierzęta nieczyste) nie mogły być przewożone autobusami, robimy wszelkiego rodzaju ułatwienia muzułmanom, by ci nie pracowali przykładowo przy mięsie, winie (rzeczy nieczyste…). Otrzymują oni takie prawa i przywileje, że często rdzenny mieszkaniec danego kraju, może jedynie pozazdrościć, jak władza płaszczy się przed imigrantem i ułatwia mu życie na każdym kroku…

Original post by admin

My Brute – walcz z innymi w My Brute

styczeń 1st, 1970

Jeżeli miałbym wybierać najgorsze gry dostępne w internecie, a mające niezłe wykonanie, to My Brute byłby na pierwszym miejscu. Ostatnio z mojej dość przydużej listy kontaktów w komunikatorze, kilkanaście osób zaczęło mieć w opisach linki do My Brute, cóż, postanowiłem podzielić się wrażeniami… Jak grafika w My Brute jest jeszcze w miarę ładnie wykonana, tak sam pomysł i idea My Brute jest po prostu wręcz idiotyczna.
Jeżeli szukasz gry przeglądarkowej, gdzie wszystko jest całkowicie losowe i wszystko nie zależy od Ciebie to My Brute jest stworzone właśnie dla Ciebie. Najbardziej durny system rozgrywki, jaki można sobie wyobrazić – nic nie jest zależne od Ciebie, wszystko to kwestia szczęścia. Po stworzeniu postaci w My Brute to gra decyduje o Twoich statystykach, Twoich zdolnościach i Twojej broni specjalnej w My Brute. Zdobycie następnego poziomu to też losowanie – co gra doda do Twojej postaci. Ty możesz sobie jedynie poklikać… i co jeszcze bardziej żałosne – 3 walki dziennie, z których każda trwa 10 sekund. Wiele w grze zależy nie od Twoich poczynań, a od tego, jaką broń trafisz przy zdobyciu poziomu – osoba, która trafi na kijek (obrażenia 8-15) za przeproszeniem gówno zdziała w porównaniu z osobą, która trafi na korbacz (30-60).

Chcesz mieć swój bannerek z linkiem referencyjnym w tym poście? Skontaktuj się ze mną, dane na górze strony.

Co jeszcze bardziej mnie rozbawiło, My Brute od jakiegoś czasu “sra” błędami i niemal na każdym kroku trzeba odświeżać, bo “brute error” i tak dalej.

Poradnik My Brute

Skoro w My Brute wszystko kręci się wokół lania siebie na wzajem, to najprościej przeglądać cudze staty i wyposażenie – wpisując adres XYZ.mybrute.com/cellule – gdzie XYZ to nick osoby, którą mamy ochotę zaatakować. Dzięki temu przed atakiem dowiemy się czy osoba ma pupila, jakie ma bronie i statystyki. Wiadomo – w My Brute nie należy atakować tych, którzy mają najlepsze bronie, a mało życia – to pozory, bowiem wystarczą 2-3 trafienia i jest po nas. Dlatego warto wybierać w My Brute przeciwników równych nam poziomem, ale posiadających słabe bronie. Możesz w My Brute atakować słabszych, to wiadomo – ale dostaniesz za nich mniej doświadczenia, 1 punkt, zamiast dwóch.

Następnie warto znaleźć sobie po prostu farmę w My Brute – dla nieznających terminu, farma to określenie gracza w danej grze (tutaj My Brute), którego lejemy non stop, a ten nie potrafi się obronić. Znajdujemy takiego typka w My Brute posiadającego ten sam poziom, zaś posiadającego również tragicznie słabe bronie i mało życia i lejemy go codziennie do zdobycia następnego poziomu w My Brute.

Jak w wielu grach, tak i w My Brute dużą rolę odgrywają linki referencyjne, w wypadku My Brute link wygląda tak – XYZ.mybrute.com – gdzie XYZ to nick postaci. Każdy kto zarejestruje się z tego linka daje Ci 1 doświadczenia, również za każdy zdobyty poziom przez pupila otrzymasz 1 exp, podobnie jeżeli zwierzak Twojego “posłańca” zdobędzie poziom. Co do zwierzaków w My Brute – są trzy – pies, wilk oraz niedźwiedź, te dwa ostatnie są rzadkie. Psów możesz mieć maksymalnie 3, zaś wilka i niedźwiedzia po 1 sztukę.

Hack, kod, bot do My Brute

Ciężko stwierdzić, czy do My Brute są jakieś hacki, chociaż gra jest tak zbudowana, że to bardzo prawdopodobne :-)
Przykładowo pod tym adresem dowiesz się, jak stworzyć postać przykładowo całkowicie czarną, albo czerwono-czarną… jaką chcemy. Podobnie ze zmianą IP – szybka zmiana i nowy pupil, 20 sekund by dobić mu 2 poziom i już mamy te 2 doświadczenia więcej. Można się również domyślać, że odpowiednia nazwa swojego My Brute odpowiednio wpływa na jego przedmioty, statystyki i bonusy – odkrycie owej zależności, jakie cyfry lub litery na co wpływają mogłoby dać efekt maksymalnie dobrego My Brute :-)

Istnieje również pewnego rodzaju… bug? Pozwalający na walkę z klonem – samym sobą, oczywiście czy przegramy, czy wygramy, dostajemy 2 doświadczenia, jednak raz dziennie, pozostałe 2 walki już “sami ze sobą” nie odbędziemy za doświadczenie. Można by rzec, że programista = idiota, prawda? Szczyt głupoty, by tego nie “załatać”.

Do trików w My Brute możemy również zaliczyć możliwość “klonowania” postaci, czyli kopiowania ich wyglądu, poradnik do tego tutaj.

Mówiąc w skrócie… My Brute to gra dla ludzi, którym chyba doprawdy się nudzi, lub dla osób, które chcą w coś pograć, co zajmie im minutę dziennie. Kto grać chce, niech gra, jednak dla mnie, ta gra jest po prostu głupia :-)

Original post by admin

Imperium IV RP ponownie nadciąga…

styczeń 1st, 1970

Czemu ja wcześniej tego nie widziałem? Nie wiem, może byłem “po chmielu”, ale przeoczyć taką perełkę to grzech niewybaczalny…

Idą wybory. Wczoraj prawie rozwaliłem telewizor, bo cokolwiek bym nie włączył (a jestem biednym Polakiem mając tylko TVN, TVP, Polsat i TVPinfo) to wszędzie spoty wyborcze. Znów się powtarza i za przeproszeniem gówno się zmieni – obiecywanie złotych gór, a później się naczelne opierdalanie.
W PO nie wierzę, bo leniów więcej nie popieram.
W inkwizycję PiS też nie wierzę, bo nie chcę znów najbardziej agresywnych ludzi przy władzy.
W rolników z PSL nie wierzę, bo do tej pory jedynie mówią, a nic nie robią.
W UPR również nie wierzę, po tym, co widziałem z ich działaczy w swoim mieście, to armia fanatyków składających hołdy w stylu “Wielki Januszu przemów”
W PPP też nie wierzę, bowiem nie ufam ludziom, którzy “jedyny słuszny środek” widzą w rewolucji i manifestacjach
SLD-UP? Mieli szansę – podziękujmy za upadłość polskich stoczni
Libertas? A co to w ogóle za stwór, który powstał “z okazji wyborów” i dowodzony jest przez “Bóg wie kogo”?
Prawica RP? Podziękuję chyba partii, o której nic nic nie wiem (jak wyżej).

Hm…

Każdą kampanię zniosę, poza jedną – poza kampanią PiS. Tradycyjnie, pełna agresji, pełna złości, sączenia jadu i marudzenia w stylu “nasza jest racja i to święta racja”. Dość mam tego, że Jarek woli lizać pantofle Rydzykowi, dość mam układonizmu (Jarek wszędzie gdzie poległ widzi mistyczny układ nadprzyrodzonych sił), dość mam inkwizycji i cotygodniowych wielkich afer prowadzonych przez PiS. Dość mam wpadek liczonych w setkach, tego, że z naszego polityka ludzie robią sobie jaja za granicą… Mieliście swoją szansę. To nie żaden układ Was pokonał, a my – wyborcy – mieliśmy Was po prostu dość, samo się przeciw Wam nie zagłosowało.

W takim razie… skoro nic mnie już nie zadowala, albo Samoobrona, albo po prostu nie idę na wybory, a raczej to drugie. Zaraz się ktoś pojawi, że to właśnie przeze mnie jest jak jest. Łagodnie mówiąc – gówno prawda, skoro głosując i tak się nic nie zmienia. Pewnie ktoś wyskoczy i powie, że skoro nie głosuję na X (wstaw nazwę partii) to czynię Polsce źle. Od razu odpowiem – nikt nie był w stanie przekonać mnie do swoich racji…

A tak na marginesie – jestem przeciwny polityce Unii Europejskiej i z każdym dniem coraz bardziej sprzeciwiam się całej idei Unii, bo póki co, to odnoszę takie wrażenie, jak kilka lat temu “wróżyli” szaleńcy (jak wówczas się ich nazywało) – że gówno nam zostanie z niepodległości. Dziś odnoszę takie wrażenie, że my – Polacy – mamy gówno do powiedzenia, bowiem coraz więcej aspektów naszego kraju i naszego życia dyktuje Unia. Zamydlono nam oczy miliardami dotacji, które po latach okazują się niewykorzystane bo jakieś inne prawo Unijne nie pozwala nam ich wykorzystać… a dodatkowo wciśnięto nam obowiązek przestrzegania wielu unijnych praw, które niekiedy ograniczają nasze możliwości.

Original post by admin

Według Szwajcarii Polska nie istnieje

styczeń 1st, 1970

Moda na wszelkiego rodzaju plakaty, filmy, czy inne rzeczy prezentujące “nową-starą” wizję Europy – bez Polski lub bez krajów bałtyckich, Ukrainy i Białorusi przypisuje się głównie dwóm państwom – Niemcom oraz Rosji. Jednak to właśnie ten pierwszy kraj najczęściej musi wystosowywać publiczne przeprosiny za różnego rodzaju mapy, na których wycięto Polskę lub ułożono granice tak, jak przed I Wojną Światową. Okazuje się jednak, że moda przechodzi do innych krajów – również do kraju niemieckojęzycznego, a co ciekawsze, do kraju który przyznaje się i nie nazywa tego błędem! Do Szwajcarii.

Szwajcarskie koleje państwowe, w skrócie SBB. Otwieramy oficjalny folder tych kolei rozpowszechniany w całej Szwajcarii. Gdy kupujemy bilety lub udajemy się na większy dworzec w Szwajcarii otrzymujemy owy folder, w środku nasze bilety, również międzynarodowe. Widzimy w nim sporą stylizowaną mapę Europy, nie ma tam zaznaczonych granic, jednak są zaznaczone nazwy państw. Wśród wymienionych krajów nie ma Polski, zaś wielki napis “Niemcy” rozciąga się od Francji po Gdańsk… Są również inne niedociągnięcia – na “globuso-podobnej” mapie nie widać Izraela. Mimo, że mapa jest dostatecznie spora, by go zaznaczyć.

Sprawa trafiła do Ambasady RP w Szwajcarii, która podjęła kroki by dotrzeć do zarządu państwowych kolei w Szwajcarii, wydających owe foldery na cały kraj. Odpowiedź rzecznika SBB okazała się tak idiotyczna, że gdyby istniał ranking “Idiota roku 2009″ owy rzecznik kolei zostałby bezapelacyjnym mistrzem nad mistrzami.

Motyw użyty w folderze to piłka plażowa z abstrakcyjnym odwzorowaniem kuli ziemskiej

Odpowiedź rzecznika państwowych kolei w Szwajcarii dotycząca folderu

Nie wiem, co ma wspólnego kolej, usunięcie Polski i Izraela z mapy świata, piłka plażowa oraz abstrakcja… Cóż, chyba jeszcze sporo w Szwajcarskich państwowych kolejach ostało się z czasów Hitlera, skoro usuwanie Polski z mapy i zastąpienie jej Niemcami, nazywane jest w Szwajcarii sztuką…

Zapytano również samych Szwajcarów, co sadzą na temat tych folderów, w których Polska znajduje się w połowie w Niemczech, a w połowie w Rosji…

Można to z pewnością nazwać, abstrakcją (…)

Widać niewiele ich rusza to, że ich własne państwowe firmy robią sobie “jaja” usuwając Polskę z map przedstawianych turystom… Dla nich jest to sztuką. W takim razie, Polacy – wysadźmy w powietrze Opactwo Sankt Gallen pod pretekstem sztuki i abstrakcji, co wy na to?

Po całej sprawie SBB wystosowało krótkie przeprosiny oraz zaprzestanie drukowania folderów i dodawania ich do biletów w Szwajcarii. Ciekawe tylko, że są one wycofywane dopiero, jak jakiś Polak się sprzeciwi, a rdzennym mieszkańcom takie rzeczy nie przeszkadzają.

Original post by admin

Deepolis – skrzynie, paczki, kapsuły w Deepolis

styczeń 1st, 1970

Przemierzając podwodny świat Deepolis i zapuszczając się na dalsze partie oceanu trafiamy na coraz różniejsze skrzynie i inne rzeczy zawierające surowce. Istnieje pewna zależność tego, co owe skrzynie w Deepolis dają oraz, co można z nich zebrać. To gdzie kupować dane surowce, a gdzie je najlepiej sprzedawać, postaram się opisać już wkrótce.

Ktokolwiek chce pomóc w rozbudowie spisu – kontakt jest na górze strony, każdemu kto pomoże gwarantuję podziękowania w tym miejscu :-)

Skrzynie, kapsuły i surowce w Deepolis

Obrazek i nazwa Gdzie znaleźć Co najczęściej zawiera Szansa na znalezienie Helix

Surowce “naturalne w Deepolis


Jeżowiec
W sumie wszędzie, głównie strefy 1-15 lvl, dostępny w różnych kolorach, na wyższych mapach zawiera również skały i węgiel Siarka Bardzo mała

Lodowy kryształ
Głównie strefy 20-30 lvl, okolice Paralax i Shiva Kwarc Mała

Fosforyty (?)
? ? Mała

Biomasa
? ? Mała

Biomasa
? ? Mała

Skrzynie w Deepolis


Skrzynia ładunkowa
W sumie wszędzie, głównie strefy 1-15 lvl, najczęściej w drugiej-trzeciej strefie Skały, węgiel Bardzo mała

Skrzynia #2
W sumie wszędzie, głównie strefy 10-15 lvl Muszle kauri Bardzo mała

Skrzynia głębinowa
Głównie od stref 10-15 lvl, okolice Balanza Kryształy solne, na wyższych poziomach losowo Mała

Skrzynia pancerna
Głównie strefy 15-30 lvl, okolice Serendo Kryształy solne, muszle kauri (zawsze kilka sztuk), na wyższych poziomach również perły i obsydian Średnia

Cargo
Obszar krateru obok Shiva Masa perłowa, czasami nawet złoto na wyższych poziomach Mała

Kapsuły w Deepolis


Nanokapsuła
Głównie od stref 10-15 lvl Lekko losowa zależność między skałami, rozgwiazdami i siarką Mała

Kapsuła chemiczna (?)
? ? Mała

Kapsuła plazmowa (?)
? ? Mała

Zbiorniki w Deepolis


Butla z gazem
Głównie strefy 30-40 lvl
krater w okolicy Loki i Shiva
Masa perłowa Mała

Original post by admin

Się zyebao

styczeń 1st, 1970

Jak wielu zauważyło, blog był nieczynny od zeszłej niedzieli, aż do wczorajszego popołudnia, kiedy to pojawił się napis o awarii. Ładna afera się wywiązała i krótko mówiąc dość porządnie się wszystko “zyebao”. Dla jednych śmieszne, dla innych straszne, a dla jeszcze innych po prostu żenujące – atak hakerski na firmę hostingową, na której znajdował się ten blog przyniósł… jedną ofiarę śmiertelną.

Brytyjski dostawca usług hostingowych, firma VAserv, stał się ofiarą ataku hakerów, którzy wykorzystali exploit w popularnym oprogramowaniu wirtualizacyjnym HyperVM, wydanym przez firmę LXLabs. Atakującym udało się skasować praktycznie wszystkie dane na serwerach firmy

Według informacji, które znaleźć można na forum dyskusyjnym poświęconym produktom LXLabs, twórcy oprogramowania wirtualizacyjnego wiedzieli o exploicie od siedemnastu dni – i nic z tą wiedzą nie zrobili. Jak twierdzą forumowicze, firma LXLabs, notorycznie niedostępna dla prasy, traktuje kwestie bezpieczeństwa bardzo lekkomyślnie – potrafi nawet wydawać poprawki, które niczego nie poprawiają.
Według Rusa Fostera, dyrektora VAserv, inne firmy, które korzystały z oprogramowania HyperVM, również stały się ofiarami ataku i poważnie na tym ucierpiały. Exploit umożliwił bowiem pełen dostęp do systemu plików serwera i uruchamianie własnych poleceń powłoki, włącznie z „rm -rf”. W ten sposób hakerzy (a może należałoby powiedzieć, wandale), skasowali ponad połowę kont klientów firmy.
Teraz na stronie poszkodowanej firmy można jedynie zapoznać się z próbami odzyskania danych prowadzonymi przez administratorów – niestety udało im się uratować jedynie część danych. Zawartość niektórych kont została utracona na dobre.
Użytkownikom HyperVM, jak również panelu administracyjnego Kloxo/LXAdmin zaleca się natychmiastowe wyłączenie tych usług. Może to być jednak dla wielu firm bardzo trudne. HyperVM był często jednym z filarów hostingowej infrastruktury – oprogramowanie to pozwala na zarządzanie bazującymi na hiperwizorach Xen i OpenVZ wirtualnymi serwerami prywatnymi (VPS).
Jak donosi anglojęzyczny hinduski portal Times of India, K T Ligesh, 32-letni twórca LXLabs, powiesił się w swoim domu w ostatnią niedzielę. Stawia to pod znakiem zapytania cały dalszy rozwój narzędzi wydawanych przez tę firmę.
Według nie do końca potwierdzonych danych, K T Ligesh był człowiekiem z wieloma problemami osobistymi. Przeżył poważnie samobójczą śmierć matki i siostry, a następnie zwrócił się ku muzyce blackmetalowej i radykalnemu satanizmowi. Jak podaje Times of India, na łamach swojego profilu w portalu społecznościowym pisał, że “jest Antychrystem i zamierza zabić Boga”.

forum.lxadmin.com, thewhir.com, milw0rm.com, Webhosting.pl

Najśmieszniejsze jest to, że firma przez dłuższy czas nie komentowała wydarzeń oraz przez wiele dni motała w sprawie tego, czy dane zostały utracone czy też nie. Raz były wieści, że dane są “całe i zdrowe”, potem pojawiały się problemy, a na koniec wiadomość, że jednak wszystko poszło w cholerę. Część danych bloga przepadła – między innymi grafiki z najstarszych postów, jednak to co najważniejsze przetrwało. Można powiedzieć – mądry Polak po szkodzie, w tym miejscu to przysłowie sprawdza się idealnie. Backup na oddzielny serwer, backup na dysk i backup na pendrive… jak tak dalej pójdzie to będę robił backup backupa kopii bezpieczeństwa od kopii bezpieczeństwa (etc).

Mówi się krótko – zyebao się i ch… trzeba robić dalej.

Original post by admin

Kokosy? Tylko z kokosem!

styczeń 1st, 1970

Ledwie blog wstał po poważnej awarii, a już kilka osób myślało (sądząc po reklamie Kokosa), że reklamuję jakieś wycieczki albo biuro podróży… Niestety lekkie pudło, chociaż można nieco połączyć tą reklamę z ewentualnym wyjazdem na Karaiby, bowiem Kokos, to serwis pożyczek społecznych i inwestycji :-)

Dzisiaj (piątek) postaram Wam się nieco przedstawić Kokos, zaś jutro… nie, nie zajmuje się robieniem kokosów, ani ich uprawą, jutro zabierzemy się za ocenę serwisu pod niemal każdym względem. Może nie licząc jedynie kwestii pożyczkowej, bowiem tej opcji unikam, jak ognia. Tak czy inaczej, moim zadaniem w drugim poście o Kokos będzie jego ocena pod każdym względem, jaki uda mi się znaleźć – pozytywnym i negatywnym. Kto wie, może ta ocena wpłynie jakoś na sam serwis pożyczek społecznościowych i coś zmieni się na lepsze dzięki tej ocenie.

Warto na początek zaznaczyć, że twórcą Kokos jest firma Blue Media, coraz bardziej znana w Internecie, zaś sam Kokos jest jednym z jej pionierskich rozwiązań. Loga firmy Blue Media, jednego z wiodących podmiotów obsługujących systemy transakcyjne znaleźć można na wielu popularnych i dużych sklepach lub serwisach. Również warto opisać fakt, że owa firma zdobyła trzykrotnie (pod rząd!) pierwsze miejsce w rankingu Technology Fast50 obejmującym Europę Środkową.

Kokos sam siebie nazywa przełomowym i pierwszym tego typu serwisem w Polsce, nie przeczę, jednak warto zadać pytanie – czy aby taka idea odbije się echem w całym kraju? Możliwe, jednak sądzę, że ludzie nieco z dystansem będą podchodzić do pożyczek i inwestowania za pomocą podobnych stron.

Misją serwisu jest popularyzacja produktów finansowych i ułatwienie wszystkim przedsiębiorczym osobom realizowanie swoich planów i pasji poprzez kojarzenie wzajemnych ofert. Główne założenia, jakich przestrzegano przy budowie serwisu Kokos.pl, to przejrzystość zasad oferowanych usług, prosta nawigacja oraz zapewnienie najwyższego stopnia bezpieczeństwa opartego m.in. na wieloletnim doświadczeniu operatora serwisu oraz przeprowadzeniu wszystkich niezbędnych ekspertyz i audytów (prawny, podatkowy) związanych z jego funkcjonowaniem.
Za: Kokos.pl

To, czy rzeczywiście jest tak, jak mówi o sobie Kokos oraz to czy jest lepiej, czy może gorzej, w jutrzejszym poście, teraz pora na kilka zachęcających statystyk z tego serwisu.
W momencie pisania tego postu na Kokos było zarejestrowanych blisko 55 tysiące użytkowników, którzy dokonali pożyczek na kwotę ponad 9 milionów złotych, zaś inwestycje przekraczały 4 miliony złotych. Mam nadzieję, że takie dane zrobią wrażenie na potencjalnych nowych użytkownikach, którzy o Kokos dowiedzą się z tego postu.

Original post by admin

Ahmed & Salim, Ep. 7

styczeń 1st, 1970

Po bardzo długiej przerwie, twórcy coraz bardziej popularnej serii “southparkowych” filmików, których cała “fabuła” rozbija się o dwóch młodych terrorystów, powracają w wielkim stylu. Może filmiki nie są zbyt często, jednak ich wykonanie, jak dla mnie perfekcyjne.
Siódmy epizod serii Ahmed & Salim przeszedł moje najśmielsze oczekiwania oraz najwyższe “humorystyczne wymagania” ;-)

Tym razem niemal dziesięć minut doskonałej rozrywki, z tym wspaniałym “pseudo arabskim” językiem i… Osamą bin Ladenem… Sami się przekonajcie!

Original post by admin

RuneScape

styczeń 1st, 1970

Znów powraca, jak bumerang – raz się rzuci, to po chwili znów wraca. Tak jest ze mną i z Runescape, chociaż ciężko tu określić kto jest rzucanym, a kto rzucającym, bowiem gra potrafi wciągnąć. A co mnie tak bardzo ciągnie? Przede wszystkim oryginalne wykonanie, zero jakiś cudownych i wybajerzonych animacji gdzie rzucenie czaru trwa pół minuty, bo gra musi wykonać zajebiście bardzo dużo oszałamiających animacji, zero postaci chodzących w zbrojach ważących tyle co czołg i zero lagów. Za to prosta grafika, możliwość odpalenia na antycznych złomach, ogromna ilość skilli, przedmiotów, ogromny świat i najprostsza prostota. Jeżeli szukasz w gry, w której walka nie opiera się na oblewaniu się potem z oczami 2 cm od ekranu, wciskaniu 100 guzików by łaskawie trafić wroga, to prawdopodobnie znalazłeś cel. W tej grze nie musisz mieć non stop odpalonej tylko i wyłącznie gry, nie musisz siedzieć całymi dniami i “walić expa” nie mogąc robić nic innego – jeżeli chcesz, odpalasz sobie RuneScape w oknie i jedynie zerkasz tam co kilkanaście sekund. Gra nie zmusza Cię do dostawania odcisków na palcach podczas walki z potężnym przeciwnikiem… Nie musisz latać kursorem po setkach ikonek czarów, potionów, skilli, pierdół by zabić przeciwnika…

Dostępna wersja HQ

Gra Runescape, nie jest może tak słynną grą MMoRPG jak Tibia, o której chodzą już nawet mity, że jest gorsza od narkotyku, a jej nałogowi gracze potrafią zabić za wirtualny przedmiot. Runescape mimo wszystko jest grą bardzo podobną do Tibii, ale jest za to znacznie bardziej rozwinięta. Gra ujrzała światło dzienne jeszcze w 1999 roku, dzięki firmie Jagex Ltd. W świecie gry Runescape przeciętnie przebywa cały czas na wszystkich serwerach około 100 tysięcy graczy, a sama ilość zarejestrowanych graczy musi przekraczać znacznie ponad milion, skoro wprowadzono na oficjalnej stronie gry listę miliona najlepszych graczy w danej kategorii lub zdolności.

Rejestracja w grze jest bardzo prosta, nie trzeba oczekiwać całymi godzinami na mail potwierdzający założenie konta, nie ma potrzeby wpisywania skomplikowanych haseł, a przede wszystkim cała rozrywka jest darmowa (przynajmniej w części, ale o opłacaniu konta w dalszej części). Wystarczy wejść na oficjalną stronę gry (www.runescape.com), kliknąć “Create a free account”, wpisać odpowiednie dane… i to wszystko! Można grać.
Grafika niestety nie jest najlepszej jakości, jest lepsza niż w Tibii (”udawane” 3d oraz obracana kamera). Gra jest dostępna przez przeglądarkę (wymaga Javy) lub przez klienta, którego można pobrać z oficjalnej strony gry.

Na samym początku gry musimy (tak – musimy, podobnie jak w Tibii) przejść wstęp, nauczyć się pod przymusem co i jak obsługiwać, to miejsce nazywa się Tutorial Island i nie wyjdziemy z niego, jeżeli nie ukończymy “poradnika. Nie ma w tym nic trudnego, krok po kroku czytamy, co do nas mówią. Musimy przejść cały trening, jest on wyznaczony dla wszystkich graczy, bez różnicy czy posiadających darmowe konta, czy nie, jednakże nie będziemy mogli w tym treningu szkolić umiejętności dostępnych dla osób płacących. W Runescape mamy do wyboru więcej umiejętności niż w Tibii, tutaj możemy rozpalać ogniska, łowić krewetki, ryby, czy homary, a następnie piec je sobie na ognisku, za niemal wszystko co robimy otrzymujemy doświadczenie do danej umiejętności, które w przyszłości owocuje dostępem do kolejnych przedmiotów. Można uczyć się gotować, ścinać drzewo, modlić się czy wydobywać żelazo w kopalni, wypalać z niego sztaby, a następnie robić z nich przedmioty, możemy zająć się zabijaniem na zlecenie potworów, albo przywoływaniem chowańców. Jeżeli nudzi nas walka możemy zająć się budowaniem własnego domu, wyrabianiem run albo innych przedmiotów. Podczas treningu nie będziemy uczyć się niektórych z tych umiejętności. Po zaliczeniu wszystkich etapów na Tutorial Island możemy udać się do normalnego świata. Miejscem gdzie się znajdziemy jest niewielkie miasteczko – Lumbridge. Tam rozpoczniemy swoją przygodę po świecie gry Runescape.

Przygoda przygodą, ale za darmo nie pogramy sobie za długo i nie udamy się do wielu miejsc, również wiele przedmiotów nie będzie dla nas dostępnych. Gra została podzielona podobnie jak w Tibii na dwie różne grupy – osoby posiadające darmowe konta oraz osoby płacące za konto (w wypadku Runescape to zaledwie 5$ miesięcznie, cena o wiele niższa niż w Tibii). Wykupując płatne konto dostajemy szereg znacznie lepszych rzeczy, niż posiadacze darmowych kont, można powiedzieć, że bez abonamentu nigdy nie będziemy mogli poznać świata Runescape, bowiem niemal na każdym kroku napotkamy płot i przejście dostępne tylko dla members. Nie jest to jakieś przerażające, a wręcz przeciwnie – 5$ miesięcznie to średnio 15 złotych, zaś uzyskujemy nieograniczone możliwości, dlatego najlepiej kupić member dopiero gdy świat Free będzie dla nas zbyt ciasny, dopiero po kupieniu members poczujemy ogrom świata i jego zwiedzenie zajmie nam miesiące. Mamy dostęp do kilku nowych umiejętności, możemy nosić bądź wyrabiać nowe przedmioty, mamy dostęp do nowych miejsc (mapa dla membersów to prawie 7 razy tyle co dla free account). Właściciele płatnych kont posiadają również takie udogodnienia jak powiększony bank, posiadają możliwość wchodzenia do miejsc niedostępnych dla osób mających darmowe konta, mogą korzystać z skrótów (free account muszą przechodzić znacznie dłuższą drogę). Do tego wszystkiego dochodzą również mini-gry, przeznaczone dla właścicieli płatnych kont, również bardzo dużo różnorodnych zadań, bowiem Free posiadają ich zaledwie kilka, w dodatku prostych.

Sam podział świata na strefy dostępne jedynie dla membersów i dla wszystkich graczy jest co najmniej idiotyczny. Wystarczy obejrzeć północne części mapy świata, widać tam wyraźnie długi mur oddzielający wybrzeże oraz ciemny ląd. Niekiedy podczas gry na darmowym koncie zdarzy się taka sytuacja, że spokojnie wędrując sobie po świecie w poszukiwaniu potencjalnych przeciwników natykasz się na ścianę, która ciągnie się “Bóg wie gdzie” w prawo i “nie wiadomo jak daleko” w lewo. Nawet jeśli znajdziesz bramę to i tak przez nią nie przejdziesz… a czemu? Bo nie masz płatnego konta.

W grze mamy do dyspozycji sporo różnych umiejętności, na początku gry są one wszystkie na poziomie 1 (chyba, że w Tutorial Island kilka zdobyliśmy, wówczas są na większym poziomie, dodatkowo Hitpoins mamy na poziomie 10), maksymalny poziom danej umiejętności to 99, lecz jego zdobycie wymaga ogromu czasu i niekiedy wiedzy. Czym wyższy poziom umiejętności tym zwiększają się nasze możliwości w grze, przykładowo czym wyższy poziom umiejętności Smithing (Kowalstwo) tym więcej przedmiotów możemy wytwarzać. W Runescape nie ma ras ani profesji, stajemy się tym kim chcemy – jeżeli chcemy być magiem, trenujemy tworzenie run oraz poziom magiczny. Dla wojowników jest Strenght, Defence oraz Attack. Możemy zostać górnikiem – wykopując rudy metali, kowalem – robiąc z rudy sztaby i wytwarzając przedmioty w kuźni. Można zostać nawet rybakiem, łowiąc ryby czy homary, albo mnichem – trenując modlitwę i zakopując kości po zabitych przeciwnikach. Część zdolności jest dostępnych tylko dla osób z płatnym kontem, przykładowo zwinność lub umiejętność rozbudowywania swojego domu. Każdą umiejętność szkolimy w sposób taki jak w wielu innych grach – wykonując czynność odpowiednią dla danej umiejętności. Lecz w Runescape działa to na takiej zasadzie – przykładowo wydobywając rudy metali, więcej doświadczenia dostaniemy za wydobyte złoto niż za wydobyte żelazo, trenując modlitwę więcej doświadczenia otrzymamy za zakopane kości wielkich przeciwników, niż tych mniejszych lub dla lepszego porównania – więcej doświadczenia zdobędziemy ścinając duże drzewo, aniżeli jakieś małe, dostępne od 1 poziomu.

Zadań w Runescape też jest nie mało i nie są one takie proste jak w niektórych innych grach MMoRPG (przykładowo w Tibii), gdzie zadania wyglądają na zasadzie “przynieś coś”, “zabij coś”, “zrób coś”. Zadania niekiedy są bardzo zróżnicowane, a nawet zabawne. Przykładowo zadanie związane z odnalezieniem Ernesta – okazuje się, że jest on zamieniony przez szalonego doktorka w kurczaka, mamy doktorkowi przynieść trzy przedmioty poukrywane gdzieś w zamku, jedną znajdziemy w fontannie (jak otrujemy piranie, które w niej żyją), jedną zakopano w ziemi, a drugą pilnuje szkielet w skrytce obok schodów. Niestety najlepsze zadania w grze są dostępne (tradycyjnie?) tylko dla osób posiadających płatne konta (dalej zwani membersami). Świat jest tak skonstruowany, że niemal nigdy nie będziemy się nudzić, jeżeli chcemy odkrywać kolejne lokacje – są ich setki, jeżeli nie tysiące, znajdujące się w najróżniejszych miejscach. Czasami okazuje się, że niewinnie wyglądające przejście do podziemi, gdzieś w centrum miasta, może na dnie kryć potężne potwory i doskonałe przedmioty.

Dla urozmaicenia rozgrywki, twórcy przygotowali niespodzianki (dział z losowymi zdarzeniami). Dzięki nim gra staje się ciekawsza, nigdy nie wiadomo co może się przytrafić. Przykładowo możemy spotkać pijanego krasnoluda, który zaoferuje nam jedzenie i piwo, albo podczas kopania rud metalu może nam z pod ziemi wyskoczyć golem.

Original post by admin